Ser, wino i bagietka. Francuska dobroć w czystej postaci. Często
wymieniane jako obowiązkowy punkt pobytu w Paryżu.
Gorzej, jeśli człowiek lubi robić na przekór – jak ja na
przykład – i ma ochotę na wino, ale np. mołdawskie... ups,
zapraszamy do Polski (kupiłem takie ostatnio w Rossmanie [sic!]).
Sery są, ale w większości pleśniawki, a ja chyba wolałbym więcej
żółtych, ale co najważniejsze dzisiaj, to kwestia co z tym serem
zrobimy. Po francusku pokroimy w trójkąciki, kosteczki, paseczki i
wyłożymy obok wina. Po naszemu weźmiemy bułkę, przekroimy na
pół, posmarujemy masłem i położymy plasterek sera yellow.
No ale co z tą bułką? Bagietka, bułka paryska... Symbol. Kult.
Instytucja. Bóstwo?
Fakt. Ma w sobie „to coś”, że chce się jej więcej i ciągle
i wciąż. Oczywiście pod warunkiem, że jest trochę masywniejsza
od sznurówki, nieco mniej spieczona niż dresiara po solarium i zje
się ją zaraz po przyniesieniu z piekarni, póki nie „skapcieje”
(a w ogóle to najlepiej zacząć konsumpcję już w drodze do
domu!).
Przychodzi jednak taki okres w życiu biało-czerwonych, że
zamiast smukłych wychudzonych i powykrzywianych paryżanek,
skonsumowałby jakiegoś tradycyjnego wyrobu poznańskiego,
wrocławskiego, grachamskiego, kajzerskiego czy innego, byle był
krąglutki i puszysty.
Jak to mówią: jeśli czegoś nie ma w Paryżu, to znaczy, że to
nie istnieje. I tak oto idziemy na targ odbywający się dwa razy w
tygodniu w odległości maksymalnie dwóch ulic od naszego domostwa i
szukamy stoisk naszych braci w uwielbieniu mącznych krągłości:
Portugalczyków!!! Zdawałoby się, że odległość geograficzna
wyklucza więzy między naszymi narodami, ale nic bardziej mylnego.
Cóż mogłoby być bardziej zbliżającego i jednoczącego nasze
nacje niż uniwersalny kształt pieczywa – podstawy bytu każdej
szanującej się kanapki?
Porzućcie więc, fałszywe uwielbienie dla bagiety! Wróćcie do
korzeni. Prawdziwe kanapki są okrągłe!!!
(ale z umiarem, bo gluten zakleja wnętrzności, dlatego dorzućcie
też coś wieczniezielonego)
Podejrzewam, że niewielu będzie zaskoczonych informacją, że w
Paryżu istnieje Plac Warszawski. Wiadoma sprawa, pierwsze kroki w
tym mieście kierujemy zazwyczaj w okolice Wieży Eiffela i
Trocadero, bo tam są ładne widoczki i „trzeba to zaliczyć”.
Plac Warszawski leży pomiędzy nimi, więc ciężko na niego nie
trafić. Za bardzo nie ma co o nim napisać, bo jest po prostu
zwyczajnym zatłoczonym skrzyżowaniem, przez które oprócz
normalnego ruchu kołowego przetaczają się tabuny turystów
wędrujących pomiędzy wspomnianymi wcześniej budowlami.
Tak to już bywa, że mając tak okazałych sąsiadów łatwo
zostać zignorowanym i niedocenionym. Tak było też i ze mną.
Przechodząc/przejeżdżając tamtędy wielokrotnie, nie
przywiązywałem zbytniej wagi do otoczenia placu. Trzeba się było
skupiać na lawirowaniu między turystami, ubytkami w kostce brukowej
pokrywającej ulicę, no i rzucić jeszcze okiem na Wieżę w
promieniach zachodzącego słońca.
W dniu 16 lutego było jednak inaczej. Pędząc z górki na
rowerze modliłem się, aby na dole trafić na zielone światło i
bez zwalniania przemknąć na drugą stronę placu, a potem przez
most w stronę Wieży. NIC Z TEGO! Czerwone. Stop. Wataha masy
ludzkiej sunąca przez pasy.
Ładna pogoda. Czuć jakby wiosnę. Chwila żeby się rozejrzeć.
Pomnik
On tu zawsze stał? Hmmm, nie przypominam go sobie.
Spójrzmy z bliska.
No tak. Znowu nam dziękują, a my nie dość, że o tym nie wiemy, to jeszcze nic z tego nie mamy... Może
odrobinę dumy, ale duma nie jest ostatnio w cenie. Jest za mało
europejska, choć wbrew temu co mówią w telewizjach, w Europie jesteśmy nieco dłużej niż 10lat.
Najlepiej mają chyba ci, którzy pozostają wieczniezieloni...
Był koniec listopada. Późna jesień. Coraz krótsze dni ciągnęły się w nieskończoność. Księżyc... nie pamiętam, ale pewnie świecił, choć tylko w nocy. I ta rosnąca żądza fotografowania. Niezidentyfikowane pragnienie, potrzeba wypełnienia karty pamięci. Świerzbienie palca wskazującego i nieprzerwany magnetyzm przycisku migawki. Wyostrzony wzrok błądził i przeczesywał okolicę.
Już czas. Zaczęło się. Na początku ofiary wybierane chaotycznie, bez myśli przewodniej, jednak obiektyw potrzebował skupienia i stabilizacji. Padło na nie – tablice rejestracyjne grupy PL. To nie była ich wina, po prostu wyczuwało się, że do siebie pasują, że mają ze sobą coś wspólnego i razem mogą stworzyć dzieło. Nie były niczego świadome, a mimo to, dziesiątki z nich zdołały mimowolnie umknąć w tłumie wszech-panoszących się FR-ek. W okolicach 24 grudnia jakby instynktownie odstraszone rosnącym niebezpieczeństwem zniknęły. Przypadek? Nie sądzę! Długo jednak nie wytrzymały. Tuż po Nowym Roku powróciły znęcone materialną żądzą i łowy nabrały tempa...
Ofiary:
Wraz z nastaniem wiosny, głód został nasycony. Śpijcie (byle nie za kółkiem) spokojnie i do następnego... polowania.
PS. Jeśli z jakiegoś powodu nie jesteś dumny, że Twoje blachy są w tej galerii, to wyżal się w komentarzu, a ja sprowadzę pokój na Twoją zszarganą du*ę.
*Wstaw „sz”, „p” lub „m” wedle uznania.
Taki dowcip w Polsce ponoć
krąży: „Jedząc kebaba, osiedlasz Araba”. We Francji na takie
ostrzeżenie jest już nieco za późno. Ja tam kebaby lubię i
rzadko sobie odmawiam, jeśli mnie taki smak najdzie. Poza tym kebab
jest turecki, a Turcy to nie Arabowie. Ale jak
zwykle ja nie o tym
miałem!
Zachodzę ostatnio do
kebabowni nieopodal mnie, wyjątkowo tylko po frytki (taki kaprys
mojej lubej), a tam na ladzie leży i się pręży (a sądząc po
temperaturze w smażalni, raczej praży):
Tortilla. Polska tortilla!!!
Okazuje się, że jedząc
kebaba możesz wspierać Mariana, Zdzisława czy innego Bohdana!
Kliknijmy jeszcze na stronę
internetową producenta: www.turka.pl
i dowiemy się, że jest to największa fabryka placków w Polsce i
60% produkcji wysyłają do 18 państw!
Zatem do Turka marsz i
wcinać tortille Turka, bo smakuje jak u mamy.
Na szybko, póki jeszcze emocje medalowych skoczków olimpijskich nie opadły, wykopałem fotę zrobioną dwa tygodnie temu.
Jadąc ulicą, moją uwagę przykuły narty...
...nie, w to nikt nie uwierzy.
Zaintrygował mnie podpis do zdjęcia?
...leeepiej, leeepiej.
Skupmy się jednak na tym podpisie: Malgosia.
Po mojemu to będzie Małgosia i pierwsze co myślę: „To jest taaA słowiańska krew”, ale buzi nie znam. Wracam do domu, pokazuję fotę mojej lubej, a ona w sekundę: „Przecież to Małgosia Bela, modelka...”. No nie znam się, przyznaję. Myślałem, że to naprawdę jakaś nasza sportsmenka dorabia sobie płaskim brzuchem (znaczy ładną buzią) do nędznego stypendium na AWF. Kolejny raz okazało się, że „...swojego nie znacie”.
Po kliknięciu w link , dostaniemy ładniejszą fotkę i krótką notkę w stylu: „Mark Segal śledził znaną Małgosię Belę na stoku i aż do jej domku, najwyraźniej bardzo dobrze ogrzewanego”.
Dla bardziej dociekliwych jest tam również link do wydania cyfrowego magazynu (2,90 €).
O vide greniers już pisałem i nie będę się powtarzał. Normalnie
jest to rozrywka sezonowa, uzależniona od pogody, bo zazwyczaj
odbywa się na ulicach, placach, skwerach itp., ale wczorajszy szybki
rzut oka na www.vide-greniers.org
okazał się proroczy. Kilkaset metrów od mojego mieszkania
odbywa/ła się impreza pod hasłem „Dni przyjaźni” (Journees
d'amitie) w jakichś pomieszczeniach kościelnych (niestety
ceny uwzględniały chyba prowizję Watykanu).
Tego
nie mogłem przegapić!
Pretekst do zobaczenia wnętrz, których nie odwiedziłbym przy
żadnej innej okazji, plus standardowa radocha z możliwości
pooglądania/pomacania/zakupienia jakichś mniej lub bardziej
potrzebnych pierdółek (czytaj: płyt z muzyką), to jest to, co
tygryski lubią najbardziej. Wczorajszego popołudnia doszedł
jeszcze jeden argument „za”: materiał na kolejny wpis blogowy.
Niby nic wielkiego, ale
patrząc na niewielką częstotliwość mych publikacji, każdy
pretekst i motywacja się liczą. Oto i on:

Jak się teraz zastanawiam,
to w sumie nie wiem, dlaczego nie kupiłem tej płyty... bo nie
słucham klasyki? Na co dzień niby nie, ale uprzedzony przecież nie
jestem, a wartość sentymentalna jest nie do przecenienia.... hmm
może pójdę tam jeszcze dzisiaj i nadrobię to niedopatrzenie?
Człowiek najnormalniej w świecie chce sobie w piątek wszamać jakiegoś zatrutego rtęcią czy innym plutonem płetwala, więc idzie do Leader Price na zakupy, trafia na promocję „kup jedno, drugie dostaniesz gratis” i wraca do domu z dwoma opakowaniami łososia atlantyckiego.
Łosoś jak łosoś, norweski, atlantycki, pacyficzny, dziki czy oswojony – bez znaczenia. Ważne by nie miał ości i nie był za słony (bo mowa o sztuce wędzonej). Dopiero po bliższych oględzinach może okazać się, że jeszcze jeden czynnik może stać się ważny:
Nie jestem specem od oznaczeń na opakowaniach, ale literki PL zawsze przykuwają moją uwagę. Wpisując w Google frazę „pl 04031802 we” dostajemy odpowiedź, w postaci tabelki z numerkami. Każdy numerek to jedno przedsiębiorstwo w Polsce. 04031802 odpowiada za MERALLIANCE POLAND Sp. z.o.o. 86-070 Dąbrowa Chełmińska ul. Targowa 34 . Nasi tu byli!
Innym wynikiem wyszukiwania w internecie była strona www.openfoodfacts.org, gdzie po wpisaniu naszego magicznego kodu pojawi się dokładny opis konsumowanego obecnie łososia (zdjęcie opakowania, tabelka wartości odżywczych, KRAJ POCHODZENIA, itp.)
Drugą zagadką jest stwierdzenie pojawiające się w tytule (wzięte z opakowania): „Élaboré en UE”.
Wg słowników słowo „élaboré” oznacza „przygotowany, przetworzony” - czyli nie oznacza prawie nic. Na mój chłopski rozum, ten norweski (czyli poza unio-europejski) produkt potrzebował być zeuropeizowany, więc przewieźli go do Dąbrowy Chełmińskiej, przepakowali (przy okazji pewnie umyli i naszpikowali chemią, żeby nie był wieczniezielony ;) i puścili dalej w obieg z jedynie słuszną etykietką.
Mi smakował. Na zdrowie.