sobota, 27 września 2014

Małgośka mówią mi

Dzisiaj tylko taka szybka notka, dopóki temperatura nie opadła. A szybka z dwóch powodów.
Po pierwsze, jest to już trochę powtórka z rozrywki i powoli możemy się oswajać z faktem, że Francuzi oswajają się z faktem, że mamy najładniejsze dziewczyny w tej części galaktyki i okładki magazynów są dla nich idealnym miejscem. Po drugie notka jest szybka, jak szybko nasz wzrok przykuwa deskorolka uwieczniona na fotografii. 
Jeśli jeszcze jakimś cudem nie zauważyliście Małgosi na mieście, to prawdopodobnie za dużo czasu spędzacie w Metrze.











Tradycyjnie, dla ciekawych w jakich innych konfiguracjach można sfotografować deskę na kółkach odsyłam do witryny magazynu, lub do kiosków. 

Ps. Właśnie uświadomiłem sobie, że we Francji znane są tylko nasze Małgorzaty: Bela, Szumowska i Baczyńska.

wtorek, 9 września 2014

Kupa mięci


Wrzesień. Czyli wiadomo, że kolejna rocznica niespodziewanej, choć starannie przygotowanej wizyty pewnego niskiego i wygadanego Austriaka z wąsikiem i jego opancerzonych kumpli . Wiele jest teorii na temat tego „co by było, gdyby”...walczyć do upadłego, układać się z najeźdźcą? Może nasz Paryż Wschodu nadal byłby naszą chlubą, a nie betonowym potworkiem? Może bylibyśmy właścicielami globalnych korporacji i dyktowali trendy w projektowaniu śrub okrętowych albo chociaż bawełnianych bluz dla nastolatek? Co roku ta sama dysputa...
...Napisałem „bluz”? 

No to skoro o wilku mowa, to wpadła mi ostatnio w obiektyw jedna taka. Tak się jakoś przypadkiem złożyło, że jest częścią kolekcji globalnej marki i (dość luźno) nawiązuje do wydarzeń z tamtego września...







...a może to raczej chodzi o odsiecz wiedeńską  Jana III Sobieskiego z 12 września 1683 roku, a owa bluza jest rodzajem hołdu artysty i podziękowaniem, że nie mówi teraz po turecku (ktoś się pofatyguje do sklepu sprawdzić, czy nie została przypadkiem uszyta w kraju Ataturka?).

Tak, to mogło wyglądać właśnie tak: projektant ślęczał nad zleceniem zaprojektowania nadruku dla czołowego przedstawiciela „sieciówek” odzieżowych. Szukając inspiracji sięgnął do barku po „rozjaśniacz umysłu”, którym była (jak się okazuje należąca od jakiegoś czasu do Francuzów) butelka wódki Sobieski... dalszy proces wydaje się oczywisty.

Oczywiście mogło się to odbyć również tak:



Jasne, że się czepiam. Przecież to naprawdę super, że ktoś w Korei, Brazylii, czy Kamerunie, może kupić sobie bluzę z nazwami dwóch miast, otworzyć Wikipedię i przeczytać co nieco o tym naszym zakątku ziemi. Kto wie, może stwierdzi potem, że wojny są do *upy albo, że nigdy w życiu nie jadł pierogów z płuckami, a ponoć najlepsze są te nasze?

niedziela, 6 lipca 2014

Dream team

Dyskusja stara jak migracje ludności. Odkąd pierwszy ziomek Karola Wielkiego spotkał się przy kuflu miodu pitnego z pobratymcami Mieszka I, dochodziło zapewne do dyskusji o tym, kto był pierwszy, lepszy, szybszy, kto mógł więcej wypić, a kto dłużej... nurkować.

Czy dzisiaj mimo globalizacji, powszechnemu dostępowi do telewizji i Internetu coś się zmieniło w tej kwestii? My się dziwimy ich zniewieścieniu, oni naszym niedźwiedziom polarnym. My obśmiewamy ich kapitulację w ostatniej wojnie, oni współczują nam, że byliśmy w Związku Radzieckim, my zastanawiamy się jak być takim szczupłym, oni czy można u nas kupić jeansy... hmm. Właśnie. Coś tu nie gra. Jednym z naszych największych pretensji do... całej reszty świata jest to, że w gruncie rzeczy to jak oni śmią tak niewiele o nas wiedzieć!!!

Narzekamy na nasz system edukacji, że „czego to teraz w szkołach uczą”, „na co mi się przydadzą te wszystkie dane”, „jak będę chciał się dowiedzieć, to sobie w encyklopedii sprawdzę”, itp. Za to trójkolorowym wypominamy, że nie wiedzą nic o świecie, nie znają żadnej daty, ani stolicy (z wyjątkiem tych, do których akurat w tym sezonie wszyscy lecą na wakacje). Jak to w końcu jest? Potrzebujemy tych danych encyklopedycznych, chociaż nie umiemy z nich skorzystać, czy raczej lepiej niewiele wiedzieć, ale za to z miną pokerzysty blefować o swojej wyjątkowości?

Praca u podstaw. Rozlaliśmy się po świecie i udowadniamy wokół, jacy jesteśmy naprawdę. A jacy jesteśmy? Tacy jak wszyscy- różni. Czasem powielamy stereotypy, czasem je obalamy- normalka. Czy Francuzi poznali nas lepiej? Z pewnością. Ci, którzy interesują się motoryzacją, usłyszeli o Robercie Kubicy, fani piłki nożnej o Obraniaku, imprezowicze dostali króla Jana III Sobieskiego, a „melomani” Michała Kwiatkowskiego. Powiedzmy sobie jednak szczerze, to są jedynie płotki.

Pewien trzon jest stały i niezmienny od lat. Być może jest on już tak wrośnięty w krajobraz, że nikt nie zastanawia się i nie jest świadomy jego pochodzenia. Ot jak Peugeot i Citroën są dla nas markami samochodów, nie nazwiskami, a Bordeaux to rodzaj wina, nie miasto.

Skąd dowiedzieć się co/kto należy do tego ścisłego grona? Wystarczy wyskoczyć za wschodnią granicę Paryża do Noisy-le-Sec  i przespacerować się pośród swojsko wyglądających dwu i czteropiętrowych bloków „z wielkiej płyty”. Tutaj powstał swoisty rezerwat naszych najznamienitszych postaci. W ciągu kilku minut dostajemy polski dream team jak na tacy.


















Okazuje się, że nawet wśród mieszkańców znajdą się jacyś biało-czerwoni!




Ciekawe, czy istnieje w Polsce trójkolorowy odpowiednik takiego osiedla? Ale tego musicie już poszukać na własną rękę, bo biało-czerwony nie będzie sobie niebieskością brudził rąk.

środa, 11 czerwca 2014

Braterstwo bułki

Ser, wino i bagietka. Francuska dobroć w czystej postaci. Często wymieniane jako obowiązkowy punkt pobytu w Paryżu.
Gorzej, jeśli człowiek lubi robić na przekór – jak ja na przykład – i ma ochotę na wino, ale np. mołdawskie... ups, zapraszamy do Polski (kupiłem takie ostatnio w Rossmanie [sic!]). Sery są, ale w większości pleśniawki, a ja chyba wolałbym więcej żółtych, ale co najważniejsze dzisiaj, to kwestia co z tym serem zrobimy. Po francusku pokroimy w trójkąciki, kosteczki, paseczki i wyłożymy obok wina. Po naszemu weźmiemy bułkę, przekroimy na pół, posmarujemy masłem i położymy plasterek sera yellow.
No ale co z tą bułką? Bagietka, bułka paryska... Symbol. Kult. Instytucja. Bóstwo?
Fakt. Ma w sobie „to coś”, że chce się jej więcej i ciągle i wciąż. Oczywiście pod warunkiem, że jest trochę masywniejsza od sznurówki, nieco mniej spieczona niż dresiara po solarium i zje się ją zaraz po przyniesieniu z piekarni, póki nie „skapcieje” (a w ogóle to najlepiej zacząć konsumpcję już w drodze do domu!).
Przychodzi jednak taki okres w życiu biało-czerwonych, że zamiast smukłych wychudzonych i powykrzywianych paryżanek, skonsumowałby jakiegoś tradycyjnego wyrobu poznańskiego, wrocławskiego, grachamskiego, kajzerskiego czy innego, byle był krąglutki i puszysty. 


Jak to mówią: jeśli czegoś nie ma w Paryżu, to znaczy, że to nie istnieje. I tak oto idziemy na targ odbywający się dwa razy w tygodniu w odległości maksymalnie dwóch ulic od naszego domostwa i szukamy stoisk naszych braci w uwielbieniu mącznych krągłości: Portugalczyków!!! Zdawałoby się, że odległość geograficzna wyklucza więzy między naszymi narodami, ale nic bardziej mylnego. Cóż mogłoby być bardziej zbliżającego i jednoczącego nasze nacje niż uniwersalny kształt pieczywa – podstawy bytu każdej szanującej się kanapki? 
 

 

Porzućcie więc, fałszywe uwielbienie dla bagiety! Wróćcie do korzeni. Prawdziwe kanapki są okrągłe!!!
(ale z umiarem, bo gluten zakleja wnętrzności, dlatego dorzućcie też coś wieczniezielonego)

sobota, 31 maja 2014

Przytłoczony sąsiadami


Podejrzewam, że niewielu będzie zaskoczonych informacją, że w Paryżu istnieje Plac Warszawski. Wiadoma sprawa, pierwsze kroki w tym mieście kierujemy zazwyczaj w okolice Wieży Eiffela i Trocadero, bo tam są ładne widoczki i „trzeba to zaliczyć”. Plac Warszawski leży pomiędzy nimi, więc ciężko na niego nie trafić. Za bardzo nie ma co o nim napisać, bo jest po prostu zwyczajnym zatłoczonym skrzyżowaniem, przez które oprócz normalnego ruchu kołowego przetaczają się tabuny turystów wędrujących pomiędzy wspomnianymi wcześniej budowlami.
Tak to już bywa, że mając tak okazałych sąsiadów łatwo zostać zignorowanym i niedocenionym. Tak było też i ze mną. Przechodząc/przejeżdżając tamtędy wielokrotnie, nie przywiązywałem zbytniej wagi do otoczenia placu. Trzeba się było skupiać na lawirowaniu między turystami, ubytkami w kostce brukowej pokrywającej ulicę, no i rzucić jeszcze okiem na Wieżę w promieniach zachodzącego słońca.
W dniu 16 lutego było jednak inaczej. Pędząc z górki na rowerze modliłem się, aby na dole trafić na zielone światło i bez zwalniania przemknąć na drugą stronę placu, a potem przez most w stronę Wieży. NIC Z TEGO! Czerwone. Stop. Wataha masy ludzkiej sunąca przez pasy.
Ładna pogoda. Czuć jakby wiosnę. Chwila żeby się rozejrzeć.
Pomnik

 
On tu zawsze stał? Hmmm, nie przypominam go sobie.
Spójrzmy z bliska.











No tak. Znowu nam dziękują, a my nie dość, że o tym nie wiemy, to jeszcze nic z tego nie mamy... Może odrobinę dumy, ale duma nie jest ostatnio w cenie. Jest za mało europejska, choć wbrew temu co mówią w telewizjach, w Europie jesteśmy nieco dłużej niż 10lat.
Najlepiej mają chyba ci, którzy pozostają wieczniezieloni...

piątek, 18 kwietnia 2014

Śpij spokojnie, polowanie na Polaków zakończone!!!

Był koniec listopada. Późna jesień. Coraz krótsze dni ciągnęły się w nieskończoność. Księżyc... nie pamiętam, ale pewnie świecił, choć tylko w nocy. I ta rosnąca żądza fotografowania. Niezidentyfikowane pragnienie, potrzeba wypełnienia karty pamięci. Świerzbienie palca wskazującego i nieprzerwany magnetyzm przycisku migawki. Wyostrzony wzrok błądził i przeczesywał okolicę.
Już czas. Zaczęło się. Na początku ofiary wybierane chaotycznie, bez myśli przewodniej, jednak obiektyw potrzebował skupienia i stabilizacji. Padło na nie – tablice rejestracyjne grupy PL. To nie była ich wina, po prostu wyczuwało się, że do siebie pasują, że mają ze sobą coś wspólnego i razem mogą stworzyć dzieło. Nie były niczego świadome, a mimo to, dziesiątki z nich zdołały mimowolnie umknąć w tłumie wszech-panoszących się FR-ek. W okolicach 24 grudnia jakby instynktownie odstraszone rosnącym niebezpieczeństwem zniknęły. Przypadek? Nie sądzę! Długo jednak nie wytrzymały. Tuż po Nowym Roku powróciły znęcone materialną żądzą i łowy nabrały tempa...

Ofiary:









 
























Wraz z nastaniem wiosny, głód został nasycony. Śpijcie (byle nie za kółkiem) spokojnie i do następnego... polowania.


PS. Jeśli z jakiegoś powodu nie jesteś dumny, że Twoje blachy są w tej galerii, to wyżal się w komentarzu, a ja sprowadzę pokój na Twoją zszarganą du*ę.

*Wstaw „sz”, „p” lub „m” wedle uznania.